Rok Mołły Panacha Wagifa – część I

Wagif

Jakiś czas temu pisałam o Roku Imadaddina Nasimi, tymczasem trwa także rok innego poety z Azerbejdżanu – Mołły Panacha Wagifa (Molla Pənah Vaqif; ok. 1717-1797). Choć rok jego urodzenia uchodzi za przybliżony, UNESCO właśnie teraz obchodzi jego trzystulecie.

Mołła Panach Wagif był wykształconym człowiekiem, który dzięki swojej wiedzy wspiął się po szczeblach kariery na urząd wielkiego wezyra na dworze chana Karabachu. Na tym stanowisku wykazał się zdolnościami dyplomatycznymi, lecz po śmierci chana został stracony przez jego następcę. Co gorsza, po egzekucji splądrowano także dom poety i zniszczono jego rękopisy. Nieliczne utwory zachowały się więc dzięki przekazowi ustnemu. Wagif pozostał jednak w pamięci narodu, o czym świadczy przysłowie „Nie każdy, kto się uczy, może zostać Mołłą Panachem”.

Kilka utworów doczekało się polskiego przekładu i wydania w antologii „Złote kamienie. Dawne i nowe wiersze Azerbejdżanu” opracowanej przez Tadeusza Chróścielewskiego i Igora Sikiryckiego (Wydawnictwo Łódzkie, 1975). Przytoczę je na blogu w kilku częściach. Dziś przedstawiam dwie hoszmy w przekładzie odpowiednio Jana Huszczy i Leopolda Lewina. Według Janusza Krzyżowskiego, tłumacza poezji narodów Kaukazu, hoszma to „liryczny utwór azerski o schemacie abeb, dddb, ccca” („Sajat Nowa. Poezje zebrane”, tłum. Janusz Krzyżowski, wyd. Gubamarus, Warszawa 2013). Krzyżowski wykorzystał zaś polskie przekłady Wagifa w swoim opracowaniu popularnego na szeroko pojętym Wschodzie perskiego poematu o Lejli i Medżnunie.

(część II)

(część III)

(Do Fatimy)

Rozsypują się pachnące twe loki
Jak czarne fale z czarną skrą, Fatimo.

Czemuś kusząco oczy poczerniła?
Gdy ledwie żyję, miejże wzgląd, Fatimo.
Kocham figlarne pierścienie twych loków,
Kocham rumieńce, zorzę wśród obłoków,
A skarby świata nie mają uroku,
Tylko mnie obdarz łaską swą, Fatimo.

Za włos twój jeden, spotkanie z oczami
Tobie bym oddał Bagdad wraz z Chinami.
Przeszywaj serce strzałami – rzęsami,
Ciesząc się swoją zimną grą, Fatimo.

Kiedy brew wznosisz, twarz jeszcze ładnieje.
Stoję wstrząśnięty, zupełnie niemieję.
Cały cierpiący, straciłem nadzieję.
Widzę, jak mój znów mijasz dom, Fatimo.

Rzęs mnie na wylot przeszywają strzały.
Rumieńce twoje jak ogień zuchwały.
Klnąc los swój, niby grzesznik płonę cały,
Przed tobą Wagif w ogniu mąk, Fatimo.

(Przyszłaś – i w moim domu radość zamieszka wiecznie…)

Przyszłaś – i w moim domu radość zamieszka wiecznie!
Miejsce twoje w mych oczach, witajże mi serdecznie!
Przy tobie jest mi błogo, podniośle i bezpiecznie.
Mój dom daruję tobie, witajże mi serdecznie!

Jeżeli, wytęskniona, nawiedziłaś me progi,
Winienem całunkami obsypać twe nogi,
Wokół twej głowy krążyć, wicher odpędzać srogi,
Wszystkie życzenia spełniać, witajże mi serdecznie!

Ja oddam za różaną wodę twych loków – życie.
Chciałbym chłonąć jej zapach w błogości i zachwycie.
Z tęsknoty za tą wonią serce gorzało skrycie.
I ja goreję nadal, witajże mi serdecznie!

Serce moje przebiłaś oczu twoich strzałami,
Posłania me do ciebie pisałem krwią i łzami.
Rozkaż, a będę służył ci wszystkimi siłami –
Do usług twoich jestem, witajże mi serdecznie!

Ja, Wagif, jestem wdzięczny wyrokom przeznaczenia.
Nie mam w tym świecie marnym żadnego już pragnienia.
Łaskę mi okazałaś, huryso z urodzenia.
Przyniosłaś lek na bóle, witajże mi serdecznie!

Źródło zdjęcia: https://www.azadliq.org/a/24311514.html


Oznaczone , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *