„Wschodnia spuścizna” Andrieja Anisimowa – fragment powieści

Dziś w ramach akcji „W 80 blogów dookoła świata” piszemy o kryminałach umiejscowionych w danym kraju. Wybrałam wprawdzie powieść rosyjskiego autora, lecz znaczna część jej akcji dzieje się w Uzbekistanie. O książce „Wschodnia spuścizna” („Восточное наследство”) Andrieja Anisimowa napisałam już na blogu Kirgiski.pl. Teraz zapraszam do lektury jednego z uzbeckich fragmentów (tłumaczenie własne).

Nasyrow powitał Jerożyna u stopni samolotu, długo ściskał mu rękę, a następnie po drodze do zarządu zatrzymał samochód przy fontannach obok siedziby rządu.

– Już dojechaliśmy? – zdziwił się Piotr Grigorjewicz, rozglądając się po placu.

– Przejdźmy się trochę – uśmiechnął się Nasyrow i mrugnął porozumiewawczo do Jerożyna. Wyszli z czarnej wołgi i skierowali się w stronę fontann.

– Trochę uświadomienia politycznego, nie chciałem przy kierowcy… Piotr-dżan – zaczął Nasyrow – u was w Moskwie dużo się zmieniło. Wolność, demokracja i tak dalej. U nas po staremu, a nawet jeszcze ostrzej. Lud ciemny, trzeba go krótko trzymać jak narowistego muła.

Dlatego żadnych rozmów z naszymi pracownikami o waszych swobodach. Za krytykowanie prezydenta jest u nas paragraf…

– Przyjechałem załatwić sprawę, a nie organizować zamach stanu – zdziwił się Jerożyn.

– Ja mam obowiązek cię wprowadzić, Piotr-dżan, w nasze realia. Szepnąć słówko jak przyjacielowi. Jesteś doświadczonym detektywem, bywałeś w Uzbekistanie. I moim gościem.

„Archiwum działa u nich jak w zegarku. Tyle lat minęło od mojego przyjazdu” – pomyślał Jerożyn. Nasyrow mu się spodobał: opalony, nieco przygarbiony, bez charakterystycznego dla naczelników brzuszka. Mądre, życzliwe spojrzenie.

– Obiecuję nie wtrącać się w nie swoje sprawy – uśmiechnął się Jerożyn. – Może pan uznać, Rafik-dżan, że uświadomienie polityczne zaliczyłem.

– Bardzo dobrze. Teraz pojedziemy przekąsić coś dobrego. Zdrożonego gościa trzeba nakarmić. – Nasyrow objął Jerożyna za ramię i poprowadził do samochodu.

– Może najpierw do zarządu? Najpierw obowiązek, potem przyjemność – zaproponował Jerożyn, siadając na tylnym siedzeniu.

– Jedno drugiemu nie przeszkadza. Wszystko, co cię interesuje, jest tutaj – Nasyrow wskazał na swoje czoło – i tutaj – pokazał palcem teczkę.

– Jestem więc twoim gościem i rób ze mną, co tylko zechcesz.

Jerożyn zrozumiał, że się nie pomylił. Nasyrow ma głowę na karku, niech sam decyduje. Przejechali aleję Nawoi i znaleźli się na starym mieście. Wołga zatrzymała się przy niewielkiej czajchanie. Lokal składał się z odrapanej, oblepionej gliną drewnianej kuchni i trzech zadaszonych altanek ustawionych wzdłuż aryku. Na ścianie kuchni, niegdyś pomalowanej niebieską farbą, wisiał duży plakat z portretami Aliszera Nawoi, Lenina i prezydenta Uzbekistanu.

W oknie, w pozłacanej ramce, uśmiechał się Józef Wissarionowicz Stalin.

„Rzeczywiście, czas się u nich zatrzymał” – pomyślał sobie Jerożyn.

Mały, okrąglutki Uzbek w brudnym białym fartuchu wraz z kierowcą Nasyrowa odsunęli duży drewniany dastarchan – coś pomiędzy stołem a kanapą. Na dastarchanie Uzbecy siadają wraz z nogami i tam też podaje się jedzenie. Pośrodku ustawili niewielki plastikowy stolik i dwa krzesła.

– Jesteś wolny – powiedział Nasyrow kierowcy – jak będziesz potrzebny, to zadzwonię. – I, zwróciwszy się do Jerożyna, dodał:

– Nie myśl, Piotr-dżan, że tu jest niechlujnie. Za to jak Machmud gotuje! Żadnemu zagranicznemu turyście się nie śniło.

Okrąglutki właściciel czajchany nie czekał na zamówienie. Po tym, jak zdecydowanymi ruchami postawił na stole talerze z czereśniami, truskawkami i suszonymi winogronami, a następnie przytaszczył czajnik z czarkami, Jerożyn zrozumiał, że menu w czajchanie to pojęcie względne.

– Byłeś u nas dawno, może zapomniałeś, że najpierw pijemy herbatę, jemy owoce, a danie główne później. Machmud, czym poczęstujesz gościa? – zwrócił się Nasyrow do gospodarza.

Machmud szybko powiedział coś po uzbecku, kłaniając się pod koniec każdej frazy.

– Tak nie można, Machmud-dżan – Nasyrow powstrzymał Uzbeka – Mów po rosyjsku. Nasz gość jest z Moskwy. Jeszcze pomyśli, że chcesz go otruć. – Nasyrowowi śmiały się oczy, ale mówił całkiem poważnie.

– Dziś dla pana, Rafik-aka, i dla pańskiego gościa gotuje się maszkiczirik, olej już wrze – zaraportował gospodarz.

Młody Uzbek, tak samo zaokrąglony i podobny do gospodarza jak dwie krople wody, przyniósł talerze z lepioszkami i, ukłoniwszy się, zniknął. – Syn – powiedział Nasyrow. – Pracują we dwóch. Tak się przekazuje reguły sztuki z ojca na syna. Spróbujemy razem maszu. Rosjanie myślą, że Uzbecy nie mają innych potraw oprócz pilawu. To pomyślałem, że cię zaskoczę.

Nasyrow nalał do czarki trochę herbaty, a potem wylał ją z powrotem do czajnika. Jerożyn zdjął marynarkę.

O dziewiątej rano w Taszkencie zaczynało się robić gorąco. Korzenne zapachy czajchany, azjatyckie ciepło, Uzbecy w chałatach, migający w oddali na wąskiej uliczce starego miasta wywoływali wspomnienia z młodości. Nasyrow nie spieszył się. Rozlał herbatę do dwóch czarek i wyciągnął do gościa.

– Przepłucz sobie gardło, zielona herbata jest niezwykła, zielona herbata dobrze robi. W upale ochłodzi, a w chłodzie rozgrzeje.

Szkoda, że jestem tu z tak przykrego powodu – powiedział Jerożyn, by skierować myśli Nasyrowa na sedno sprawy. – Miło byłoby przyjechać tu turystycznie, pozwiedzać, spróbować uzbeckiej kuchni.

– Potem się zaprzyjaźnimy, będziesz jeździł do mnie w gości, a ja do ciebie. Cóż jest na świecie oprócz ludzkiej przyjaźni? Nic. – Nasyrow z szacunkiem, po chłopsku wziął lepioszkę i zaczął łamać ją na równe kawałki.

Jerożyn także odłamał i nadgryzł. Jeszcze ciepła lepioszka w smaku przypominała rosyjskie kołacze.

– Dobra! – pochwalił Piotr Grigorjewicz.

– Dla dechkanina lepioszka to podstawa pożywienia.

Pilaw z mięsem raz w tygodniu, w czwartki, a lepioszka codziennie.

– Nie trzymaj mnie w niepewności, Rafiku Nasyrowiczu, powiedz, wyjaśniło się coś z tym pistoletem?

Nasyrow mrugnął i dolał herbaty do pustych czarek:

– Jacyście wy, Rosjanie, niecierpliwi. Odpocznij, zjedz coś. Pistolet nie zając, nie ucieknie. To skomplikowana sprawa. Pistolecik jest z Kotliny Fergańskiej i co najciekawsze, znasz jego właściciela.

– Wachid?! – wyrwało się Jerożynowi. Od tego momentu, gdy sąsiad z samolotu wymienił nazwę miasta, do którego się wybierał, bez przerwy myślał o swoim dawnym uzbeckim przyjacielu. Z jednej strony chciało się odnaleźć Wachida, spotkać się z nim. Z drugiej – palący wstyd za tę noc, gdy Wachid był pijany, a on wykorzystał sytuację, odpędzał od niego tę myśl.

– Jedz czereśnie, jedz truskawki. U was jeszcze długo nie dojrzeją. I cena w Moskwie inna, dużo nie nakupisz – Nasyrow, zdawało się, specjalnie przeciągał rozmowę, wystawiając cierpliwość gościa na próbę.

– Muszę się z nim zobaczyć – zdecydował Jerożyn.

– Też nie miałbym nic przeciwko spotkaniu z nim – cicho powiedział Nasyrow. – Ale obawiam się, że się nie uda…Ty tu o wszystko pytasz, a ja, szanowny Piotr-dżan, też mam do ciebie pytania. Ty się spieszysz, a ja nie. Ale skoro już zaczęliśmy o tym mówić, powiedz, gdzie i jak wystrzelił ten pistolet?

– Cztery dni temu zabito z niego człowieka.

– Jak zabito, za co? Opowiadaj i jedz owoce.

Nasyrow jadł czereśnie i pieczołowicie odkładał pestki na spodeczek. Jerożyn nie miał zamiaru ukrywać przed nim szczegółów sprawy. Przedstawił mu okoliczności zabójstwa w ogólnym zarysie. Nasyrow się zamyślił:

– Teraz słuchaj. Trzy miesiące temu Wachid zniknął.

– Jak to zniknął? – nie zrozumiał Jerożyn. – Człowiek nie może tak po prostu zniknąć. Zwłaszcza człowiek z naszych organów.

– Nie mogę tego inaczej objaśnić. Zniknął i już.

Tymczasem gospodarz przyniósł zieleninę – szczypiorek, pietruszkę, nieznane Jerożynowi ciemne listki bazylii, zielone strzałki mięty. Nasyrow oderwał listek mięty, przegryzł i zamyślił się.

– Postaram się, Piotr-dżan, przedstawić ci kolejność wydarzeń. Muszę przy tym uchylić rąbka naszej dzisiejszej codzienności. Sam rozumiesz, kierownictwo nie jest zachwycone, gdy obcy piorą nasze brudy. Dlatego wstrzymywaliśmy się z odpowiedzią na wasze żądanie. Gdyby nie telefon od Gryżyna, tej rozmowy by nie było. Rozumiesz?

– Nie trzeba mi dwa razy powtarzać.

– Wiem. Gryżyn tak właśnie mówił, że nie puścisz w obieg żadnej niewłaściwej informacji. Krótko mówiąc, poręczył za ciebie. Ty jesteś dla nas jak przelotny ptak. Przyleciałeś, polecisz. Jak zaczniesz w Moskwie za dużo ćwierkać, narobisz mi kłopotu. Ja nie mam gdzie się podziać. Dwa lata do emerytury.

– Rafiku Nasyrowiczu, nie jestem dziennikarzem. Moja rzecz to znaleźć zabójcę. Cała reszta mnie nie interesuje. Nie mam zamiaru paplać.

80 blogów

Zapraszam teraz do lektury wpisów przygotowanych przez innych uczestników akcji. Gdybyście sami byli zainteresowani dołączeniem do grupy, piszcie na blogi.jezykowe1@gmail.com.

Austria

Viennese breakfast: 15 austriackich kryminałów

Chiny

Biały Mały Tajfun: Sędzia Di

Francja

Francuskie i inne notatki Niki: Od Navarro do Renoir

Kirgistan/Uzbekistan

Kirgiski.pl: “Wschodnia spuścizna”, czyli uzbecki kryminał po rosyjsku

Niemcy

Niemiecki w Domu: Niemiecki serial kryminalny

Szwecja

Szwecjoblog: Palcem po mapie szwedzkich kryminałów

Turcja

Turcja okiem nieobiektywnym: Filmowy Stambuł w trzech odsłonach

USA

Specyfika Języka: TOP 5 amerykańskich seriali kryminalnych do nauki angielskiego


Oznaczone , , ,

2 opinii z “„Wschodnia spuścizna” Andrieja Anisimowa – fragment powieści

  1. No, jak na samym początku występuje kultowa czarna wołga, to już dalej musi być klimatycznie. Bardzo ciekawie się czyta, tłumaczenie też świetne- dzięki!!!

    1. Miałam trudności z wyborem fragmentu do przetłumaczenia – w tej książce jest dużo takich. Również dziękuję! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *